FB INSTAGRAM WIX TWITTER g+ Anna Radziach Fotografia yt yt

31 stycznia 2015

Chlebuś



Kuchnia to ta część mojego domu, którą dawniej omijałam szerokim łukiem.
Potem zaglądałam tu z konieczności, bo gdy zaczęliśmy mieszkać sami obiady niestety nie chciały gotować się same. A gdy przyszła na świat nasza starsza córka, było to najczęściej odwiedzane przeze mnie pomieszczenie. Choć niestety wciąż bez większego entuzjazmu.
Nie, nie myślcie sobie, że ja taka niegospodarna jestem. Kocham być w domu i tak naprawdę najchętniej wcale bym z niego nie wychodziła. Jestem taką dość nietypową kurą domową, bo choć dom to mój azyl, bez którego obejść się nie potrafię - tak gotowanie to moja pięta achillesowa. Nie znoszę gotować. A przynajmniej dotąd tak właśnie było ;)
Teraz spędzam w kuchni strasznie dużo czasu. W pewnym sensie przyczynił się do tego fakt, że nasza rodzinka znów się powiększyła. Poza tym to właśnie w kuchni znalazłam sobie kącik, w którym na stałe ulokowałam sobie laptopa ;). Ale ja Wam zdradzę sekret, że to nie jedyne powody mojej nowej sympatii do tego pomieszczenia. Ostatnio spodobało mi się małe eksperymentowanie.
A wszystko zaczęło się już dość dawno. Pewnego pięknego letniego dnia zawitała do mnie sąsiadka z czymś bardzo pachnącym i nęcącym w rekach. Zawiniątko to okazało się świeżutkim chlebkiem domowej roboty. Oj, powiem Wam, że gdy tylko po niego sięgnęłam, chcąc nie chcąc głośno przełknęłam ślinkę. Ten zapach, chrupiąca skórka... mmm... miodzio! No, ale znając mój kulinarny zapał możecie się domyślić, jak szybko sama spróbowałam własnych sił w tym temacie. Minęło wiele miesięcy, do momentu, w których chwyciłam za miskę, mąkę - i do działa!
I teraz żałuje jak nie wiem co... Wiecie jak proste jest upieczenie takiego chlebka! No, darować sobie nie mogę, że nie spróbowałam wcześniej. Ok, trochę to trwa, bo jednak takie cudo musi sobie trochę podrosnąć, wypięknieć itd. Ale pracy to w to nie włożyłam zbyt wiele. Rozpuściłam drożdże, powrzucałam wszystko do jednej miski. Rozrobiłam. Pozwoliłam ciastu nieco przytyć. Przełożyłam do brytfanki. Znów dałam mu chwilkę oddechu, a potem patrzyłam jak się pięknie rumieni w piekarniku. Proste prawda?
Dlatego jestem pewna, że na tym jednym cudeńku nie poprzestanę. Oj, co to to nie. I może nie tylko chlebki będę z ogromną przyjemnością piekła? Jak myślicie?
Moje noworoczne postanowienie numer nie wiem który, bo trochę ich mam ;)
PRZYNAJMNIEJ RAZ W MIESIĄCU UPICHCIĆ COŚ NOWEGO!
A teraz zostawiam Was z moim chlebkiem :)





Do wszystkich łakomczuchów:
przepis na to cudeńko znajdziecie tu >KLIK<

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz


Zarówno treść jak i fotografie zamieszczone na tym blogu są wyłącznie moją własnością.
Nie wyrażam zgody na ich kopiowanie, przetwarzanie i rozpowszechnianie.

Anna Radziach